Rzeszów, Podkarpacie, historie i zdarzenia

Jak to się zaczęło – i po co to wszystko?

Wielka sala, 180 gości, stół z wiejskim jadłem i sushi. Historia jednego wesela, gdzie tradycja spotkała się z kopertą

Opowiadając o naszym weselu, czujemy się trochę jak po przejażdżce rollercoasterem zrobionym z białych obrusów i trunków w półlitrowych krokach. Miłość oczywiście była najważniejsza, ale powiedzmy sobie szczerze: nic tak nie łączy ludzi jak wspólna analiza kosztów po zjedzeniu trzeciej surówki.

Nota redakcyjna:
Tekst powstał w oparciu o rozmowy z nowożeńcami z Podkarpacia i został napisany przez zewnętrzną autorkę, specjalizującą się w opowieściach o codziennym życiu, jedzeniu i ludziach, którzy potrafią się bawić do rana. Wszystkie postacie są prawdziwe, a każda ciocia – legendarna.
Miejsce z rozmachem i rosół jak z bajki

Nowa sala pod Jarosławiem – nowoczesna, klimatyzowana, z wielkim parkietem i jeszcze większymi oczekiwaniami. Zaprosiliśmy 180 osób, bo jak się bawić, to z rozmachem. Wjechało jedzenie – dużo, różnorodnie, i tak, ludzie pytali, czy da się coś zabrać do domu.

Co jedli? Wszystko.

Były gorące dania: rosół (wiadomo), a zaraz po nim wjechała pieczeń z sosem, smaczna i miękka, jakby ktoś ją gotował na miłości i majeranku. Do tego puree ziemniaczane, dwa zestawy surówek – klasyk i coś z chrzanem, zupa gulaszowa, barszcz czerwony z pasztecikami (to był hit), potrawka z kurczakiem, grzybami i makaronem (czyli takie wesele w jednym garnku), a na deser tiramisu – które ktoś na sali uroczyście przechrzcił na ‘tryzmus z owocami’, i tak już zostało – wyglądało elegancko i świeciło się w świetle sali.

Był stół wiejski – z tymi wszystkimi swojskimi rarytasami, co wyglądają jak mem, ale smakują jak dzieciństwo – i stół sushi, który wyglądał, jakby go teleportowali z warszawskiej galerii handlowej. Estetyczny szok, ale ludzie zjedli wszystko.

Wódka, kapela i saksofon na stole

Trunki: 150 butelek po 50 zł. Przeliczając: wystarczająco, żeby nikt nie mówił o polityce, a ciocia Zosia zatańczyła Despacito.

Kapela: – 10 tysięcy zł, ale grali tak, że nikt nie siedział. Saksofonista przysiadł się do stolika i zaproponował toast. Z siebie.

Stylówka, makijaż i wszystkie te rzeczy, które trzeba mieć

Suknia: 3000 zł. Garnitur: 1500 zł. Obrączki, makijaż, fryzjer, kwiaty, wszystko razem zliczając – boli, ale ślub się przecież bierze raz (taką mamy nadzieję). Fotograf był, bo musi być, ale nie pytajcie za ile.

Koperty i rodzynki

Prezentów fizycznych? Niewiele. Maskotki, wino, zestaw kosmetyków, który wyglądał jak z promocji w Biedronce. Większość gości dała po prostu koperty – i co najważniejsze: nie było ANI JEDNEJ pustej. Średnio od pary było od 1000 do 1600 zł. Były też tzw. „rodzynki” – pary, które zostawiły po 3000 zł. Kochają nas najbardziej. Albo mają bardzo dobry budżet domowy. Może jedno i drugie.

Dobra, liczymy – ale po swojemu

Dobra, POLICZMY. 180 osób to 90 par. Załóżmy średnio 1200 zł na parę. To daje jakieś 108 000 zł. Koszty samej sali z jedzeniem: 57 000 zł. Trunki: 7500 zł. Kapela: 10 000 zł. Stroje, obrączki, fryzjer, kwiaty, pierdoły typu spinki: razem około 7000 zł. Fotograf, dekoracje, inne atrakcje – niech będzie z zapasem 10 000 zł. Wychodzi około 91 500 zł. Zostaje więc na czysto jakieś 16 500 zł.

A jak się odejmie jeszcze te wszystkie ukryte koszty typu zapomniane faktury za balony i wstążki, to ostatecznie – zostało nam na wakacje, albo chociaż na duży ekspres do kawy.

Czy było warto?

Czy warto? Tak. Goście się bawili do rana. Jedna osoba złamała obcas, ktoś zasnął na ławce przed lokalem. Było śmiesznie, głośno i pięknie. Wesele się zwróciło, miłość nie ma ceny, ale barszcz z pasztecikiem i kapela – już tak.

Babcia Wiesia mówi
Jak wesele – to z rozmachem! A jak ciocia tańczy Despacito, to znaczy, że się udało

Kiedyś to się mówiło: „zrób wesele, żeby ludzie gadali”. Teraz to trzeba zrobić tak, żeby nie tylko gadali, ale i klikali, lajkowali i pytali o namiary na salę, DJ-a i sushi mastera. I wiecie co? Bardzo dobrze! Bo wesele to nie rekolekcje. Ma być z pompą, ma się lać (ale rosół i trunki, nie łzy), i jak ciocia nie zatańczy do rana, to znaczy, że coś poszło nie tak.

Pamiętam czasy, kiedy największą atrakcją była baba w kapeluszu, co każdemu wtykała do ręki ciastko i mówiła: „zjedz, bo się zmarnuje”. A teraz? Sushi, saksofon na stole i tiramisu, które ktoś przechrzcił na „tryzmus” – i już jestem kupiona.

Ale niech mi nikt nie mówi, że to tylko fanaberia młodych. Bo jak widzę te przeliczenia, te kalkulacje, że się zwróciło, że jeszcze na ekspres starczyło – to ja biję brawo! Bo wesele to też logistyka, ekonomia i dyplomacja. Trzeba umieć zaprosić tak, żeby nie obrazić, nakarmić tak, żeby nie zostało, i napić tak, żeby nikt nie tańczył na stole w samych skarpetkach. A jak jeszcze zostaje na wakacje – to już jest majstersztyk!

Jedno tylko dodam: niech sobie młodzi liczą, co chcą. Ale tego, jak ciocia Zosia zatańczyła Despacito, nikt im nie odbierze. I to jest prawdziwy zysk. Na lata.

Wiesia z Łańcuta
emerytowana obserwatorka życia codziennego

Pogadajmy gestami – wybierz reakcję

😍
71%
71
😱
5%
5
😭
1%
1
👍
23%
23